Cienkie

Wszędzie chemia

Stanisław LemUzupełniliśmy Twój organizm, wykorzystując najlepsze, sprawne, dostateczne, takie organy (niepotrzebne skreślić), jakie mieliśmy do dyspozycji. Gwarantujemy Ci sprawność owych organów na przeciąg roku, sześciu miesięcy, kwartału, trzech tygodni, sześciu dni (niepotrzebne skreślić).

Był to fragment informacji dla pacjenta, który przeczytał Ijon Tichy  w krótkiej powieści Stanisława Lema Kongres futurologiczny. Właściwie nie wiadomo, czy przeczytał, bo mogła to być halucynacja. Chyba, że tylko zdawało mu się, że zdaje mu się, że to halucynacja. Ijon Tichy znalazł się bowiem w świecie rządzonym chemokratycznie, gdzie rozpuszczone wszędzie substancje chemiczne tworzą w mózgach mieszkańców zupełnie nową rzeczywistość.

Jeśli taka wymyślona rzeczywistość kojarzy Wam się z przeglądem mody i gadżetów na rok 1999 pt. The Matrix, to nie jest to tylko halucynacja. W Kongresie futurologicznym mamy nawet znany z tego filmu chwyt z wyborem dwóch pigułek różnych kolorów, choć w trochę innym kontekście. Co więcej, to nie jedyny utwór Lema, z którego zrzynali twórcy Matrix. W rozszerzonym wydaniu zbioru innych wspomnień Ijona Tichego – Dzienników gwiazdowych – jest opowiadanie  o profesorze który zbudował trzy maszyny, którym wydaje się, że są osobami i które żyją w spreparowanym przez naukowca świecie. Nawet pomysł z déjà vu jako przejawu „błędu w Matriksie” był stąd zerżnięty.

Polecam Kongres futurologiczny nie dlatego, że jest podobny w tematyce do The Matrix, ale dlatego, że charakteryzują go cechy, których ów film nie ma, mianowicie poczucie humoru, wielowarstwowość i nieidiotycznosć. W 150 stronicowej książce dzieje się tyle, że mogłem spokojnie zdradzić w pierwszym akapicie ważny element fabuły, a nie zepsuje to lektury. I o ile Matrix zestarzał się już w roku 2000, to napisany w 1970 roku Kongres pozostaje niepokojąco aktualny – w szczególności dotyczący terroryzmu początek książki.

Stanisław Lem najbardziej znany jest z poważnej powieści o oceanie-organizmie pt. Solaris. Na początek polecam jednak przeczytać krótki, lekki i przyjemny Kongres futurologiczny. Jeśli to się spodoba, to można przejść do Dzienników gwiazdowych. A potem już nie ma odwrotu.

W torebkach dziewczyny noszą refutal i dawainy (piosenka z 2039 r.)

Recki i oceny na lubimyczytać.pl

Zdjęcie z Wikimedia Commons

Rozdziobią nas myszy, ludzie

Thomas Hart Benton Nebraska Evening Myszy i ludzie (1937) Johna Steinbecka to jedna z najsmutniejszych książek, jakie czytałem. Jeśli dodamy do tego fakt, że ma tylko ok. 150 stron, to wyjdzie nam smutek w formie wysoce skoncentrowanej, z którym konkurować może tylko ten upakowany w 4.5 minuty piosenki Im więcej ciebie, tym mniej Natalii Kukulskiej.

Bohaterowie książki to George i Lennie, dwaj robotnicy rolni, podróżujący od farmy do farmy. Do szybkiej zmiany miejsca zmusza ich często zachowanie Lenniego – dobrodusznego, ale opóźnionego umysłowo olbrzyma, który chciałby wszystko głaskać, często ze szkodą dla przedmiotu głaskania.

Dalej nie będę opowiadał, bo to taka krótka książka, że łatwo się zagalopować i opowiedzieć całość. Owa krótkość wynika z planu Steinbecka, aby napisać powieść-dramat – coś, co można łatwo i bez specjalnych cięć wystawić na scenie. Ciekawie sprawdziło się to w ekranizacji z 1939 roku (tej z 1992 nie oglądałem) Jest to najwierniejsza filmowa adaptacja, jaką dotąd widziałem.

Ekranizacja ta (którą bardzo polecam, choćby dla fantastycznej muzyki Aarona Coplanda) wprowadziła do amerykańskiej popkultury motyw postaci „dużej a głupiej”. Oglądanie kreskówki „Lonesome Lenny” Texa Avery’ego, gdzie tytułowy pies to parodia bohatera Steinbecka, każe zastanowić się nad wrażliwością publiczności lat czterdziestych.

Jeżeli spodobają się Wam Myszy i ludzie, to następnym przystankiem jest najbardziej chyba lubiana książka Johna Steinbecka, kilka razy dłuższe Na wschód od Edenu. To samo miejsce (Kalifornia) i też smutno, tylko bardziej kolorowo, bo więcej wydarzeń i postaci. W przypadku równie słynnej filmowej wersji z Jamesem Deanem, zdecydowano się na ciekawe posunięcie – zamiast opowiedzieć całą historię po łebkach, zekranizowano po prostu tylko ostatnią 1/3 książki.

A jeśli zaciekawił Was tytuł książki, w której myszy prawie nie występują (jest tylko jedna i ma nieciekawą rolę), to pochodzi on z wiersza Do myszy szkockiego poety Roberta Burnsa. Narrator wiersza to rolnik, który przypadkiem rozwalił mysią norę pługiem. The best-laid schemes o’ mice an ‚men gang aft agley, rzecze rolnik, co w języku Scots znaczy: „shit happens”.

Recki i oceny na Goodreads, Lubimy czytać i Biblionetce.

Obrazki: Thomas Hart Benton – Nebraska Evening (1941) i pierwsze wydanie książki